Pustkowia i choroba popromienna

Fallout 3

Penny Arcade Fallout comic - Plakat

Nowy blog i pierwsza wpadka. Co prawda po części nie z mojej winy ale jednak… Nowy wpis planowałem dać już jakieś dwa tygodnie temu, ale nie wyszło. Choroba całkowicie zwaliła mnie z nóg – tak więc nadal będę się nią usprawiedliwiał. Wszystko ma jednak swoje dobre strony i tak zdołałem w końcu nadrobić trzecią część sagi Fallout (tak wiem, późno… wstyd mi za to). Pozwolę więc sobie w skrócie napisać o moich wrażeniach względem tej produkcji.

Na początku chciałbym zaznaczyć iż fanem serii jestem od wielu lat, obie części Fallout przeszedłem na kilka (lub może nawet kilkanaście) przeróżnych sposobów. Przemierzałem pustkowia jako drań, aczkolwiek więcej razy jako porządny facet. No chyba jedyne czego nigdy nie spróbowałem to granie kobietą. To nadrobiła moja żona, więc nie muszę. Tak czy inaczej o trzeciej odsłonie serii nasłuchałem się naprawdę wiele niepochlebnych opinii. Ba, doszły mnie nawet słuchy, że 3 zbezcześciła świętość poprzednich części. Nic więc dziwnego, że podchodziłem do niej jak to jeża (niebieskiego jeża!). Jakże wielkie było moje zdziwienie gdy ukończyłem bardzo przyjemne i klimatyczne wprowadzenie. Przyznam, że bycie bobasem było naprawdę sympatycznym doznaniem, chociaż nigdy nie daruję ojcu iż kazał mi biegać o własnych nóżkach po krypcie… cóż, naukowiec. W końcu jednak mój bohater ujrzał po raz pierwszy słońce…

Właśnie wtedy to poczułem. “To” jest tutaj użyte celowo i najtrafniej określa uczucie, które wtedy mi towarzyszyło. Chyba jeszcze nigdy wcześniej nie było mi dane czuć się tak wolny w grze wideo (a przynajmniej nie było to częste). Mogłem iść dosłownie wszędzie – pomijając niewidzialne ściany na końcu mapki. Obejrzeć wszystko i teoretycznie wszystko zrobić. A przy tym być teoretycznie każdym (praktycznie nie, ponieważ taka gra jeszcze nie powstała) Było to po prostu coś niesamowitego! Nie będę nikogo oszukiwać, Fallout 3 ma liczne bugi, czasami są one bardziej niż upierdliwe. Gra potrafi się też nagle wysypać, co jest w tym najgorsze również na konsoli – co kiedyś było nie do pomyślenia. Ogrom świata, jego doznania, nieziemski klimat i nastrój sprawiają jednak, że szybko się o tych niedoróbkach zapomina. Do czego jednak zmierzam?

Otóż… Oficjalnie, czarnym na białym oświadczam iż jako wierny fan serii uważam, że Fallout 3 jest jej najlepszą odsłoną. A zmiany mechaniczne, które zostały tu popełnione wyszły grze tylko na lepsze. Niektórzy napiszą “jesteś pierwszym, który uważa, że 3 jest lepsza od 2!” – kto wie, być może. Na horyzoncie już widzę lecącą w moją stronę armię pomidorów. Nigdy jednak nie pisałem tego co “pisać wypada”. Do gry podchodziłem bardzo sceptycznie, a zostałem przez nią niemal zaczarowany. Przemierzanie pustkowi nie było jeszcze nigdy tak przyjemne. Mogę wypisywać tu dziesiątki powodów, które w moim odczuciu (co podkreślam – w moim) sprawiają, że Fallout 3 jest lepszy. Pytanie pozostaje – po co? Fanatycznych wyznawców gier retro i tak nie przekonam. A nie jest to przecież recenzja, a zwyczajny wpis na blogu… wpis fana, człowieka wiernego serii, który nie boi się spojrzeć prawdzie w oczy. Natomiast jako długoletni gracz z zadowoleniem mogę powiedzieć, że gry są coraz ciekawsze i oferują nam dużo więcej niż kiedyś i to cieszy… naprawdę cieszy.

Do zobaczenia zatem na bezkresnych pustkowiach!

4 odpowiedzi do “Pustkowia i choroba popromienna”

  1. Squallu mówi:

    Ja nie będę rzucał pomidorami. Nie nazwałbym tego najlepszą odsłoną bo brakuje w niej smaczków, ktorych poszukiwałem, ale powiem tak – Dzień w którym obejrzałem “A boy and his dog” (calośc na YT) potem odpaliłem Fallout 3 na najwyższym poziomie trudnosci, by po prostu się przejśc a na końcu S.T.A.L.K.E.R Shadows of chernobyl – by bać się na najyższym poziomie trudności każdej radiacji i wygłodniałego psa… To był mój postnuklearny dzień. W tej dawce i takiej mieszance jest ona jak dla mnie – idealna. Sprawdź sam. Zrozumiesz.

  2. Adahl mówi:

    Ja natomiast otrzymałem wiele smaczków, których właśnie w poprzednich częściach mi brakowało. Pamiętasz Dunwich Building? Czułem się jak w Silent Hill i Resident Evil, a gdy pojawił się Glowing One myślałem, że dostanę zawału. Dodać muszę iż był on pierwszym tego typu feralem, którego widziałem w grze więc emocje były większe. Na domiar złego dopiero potem dowiedziałem się, że można zapalać światło w Pipboy – wiesz już co mam na myśli? Albo krypta 106 i gaz, którzy wyprawiał z twoim umysłem prawdziwe cuda, na końcu człowiek nie wie co jest prawdziwe… Właśnie o takie momenty w grze mi chodzi. Nie mówiąc już o wszelkie uzależnienia i zranienia – jest to dużo lepiej pokazane i można wręcz je odczuć na własnej skórze. Po prostu odlot. Tak naprawdę brakuje mi w F3 tylko seksu, może to i dziwne, ale uważam, że był on bardzo ważną częścią tego świata. Głowy wybuchają i rozpryskują się na ścianie, ale nigdzie nie ma nagiego cycka… heh.

  3. Kot mówi:

    Heh. Muszę przyznać, że i ja świetnie się bawiłem grając w F3. Złaziłem na pieszo większą część stołecznych pustkowi i wystrzelałem całe hordy przeciwników, z wielką radością wysłuchałem ThreeDoga z pasją opowiadającego o moich zasługach na antenie, oraz zebrałem kilkadziesiąt pluszowych misiów jako amunicję do RokkitLaunchera (by później odkryć, że w The Pitt są one warte fortunę w karmie i pedekach). Szkoda tylko że tak szybko osiąga się ten magiczny 20 poziom…

  4. Adahl mówi:

    Mnie bardzo kusi “ciemna strona mocy” ale tak naprawdę nie wiem czy byłbym w stanie w F3 grać zupełnie złym bohaterem. Ten świat po prostu aż prosi się o kogoś dobrego. Poza tym zawsze uwielbiałem Bractwo Stali i jakoś tak lubię kręcić się blisko nich. Co do poziomu to faktycznie 20 osiąga się niesłychanie szybko, ale na szczęście w dodatku rozszerzyli limit do 30 – niby 10 poziomów, ale zawsze coś.

Dodaj odpowiedź